Z okazji 70-lecia cyklu widzowie przez całe lato mogą zanurzyć się w świecie kryminalnych intryg, eleganckich wnętrz, zaskakujących zwrotów akcji i atmosfery, która przez dekady była oknem na Zachód dla widzów PRL-u.
„Kobra” narodziła się w 1956 roku, kiedy telewizja dopiero raczkowała, a spektakle nadawano na żywo – bez możliwości montażu, bez poprawek, bez drugiego podejścia. Pierwsze przedstawienie, „Zatrute litery” Agathy Christie, wyreżyserował młody Adam Hanuszkiewicz, a widzowie natychmiast pokochali ten format. W kolejnych latach „Kobra” stała się fenomenem społecznym: oglądalność sięgała 90–95 procent, a powiedzonko „Dzień dobry, jestem z Kobry” weszło do języka potocznego. W czołówce pojawiał się charakterystyczny wąż zaprojektowany przez Eryka Lipińskiego, a w spektaklach występowali najwybitniejsi polscy aktorzy – od Aleksandry Śląskiej i Ireny Kwiatkowskiej po Romana Wilhelmiego, Piotra Fronczewskiego i Andrzeja Łapickiego.
Dziś „Kobra” wraca w odświeżonej formie. TVP Kultura przygotowała wakacyjny cykl, który pozwoli widzom ponownie przeżyć emocje sprzed lat, a młodszym odbiorcom odkryć, jak budowano napięcie zanim telewizję zdominowały seriale kryminalne z Hollywood. W repertuarze znalazły się kultowe tytuły z lat 70., m.in. „Upiór w kuchni”, „Osiem kobiet”, „Kompozycja na cztery ręce” czy „Dzień słodkiej śmierci”. To spektakle, które udowadniają, że dobry kryminał nie potrzebuje fajerwerków – wystarczy świetny scenariusz, mocna gra aktorska i precyzyjnie budowane napięcie.
Powrót „Kobry” to nie tylko sentymentalna podróż. To przypomnienie, że polska telewizja potrafiła tworzyć rzeczy absolutnie wyjątkowe – widowiska, które wychowały pokolenia miłośników kryminału i na trwałe zapisały się w historii kultury. A teraz, po siedmiu dekadach, znów możemy usiąść przed ekranem i poczuć ten dreszczyk, który zaczyna się już w momencie, gdy na ekranie pojawia się wijący się wąż.
Źródło: teatrtv.vod.tvp.pl