15 maja w Centrum Kultury w Jędrzejowie odbył się wieczór, który trudno nazwać zwykłym spotkaniem autorskim. To było święto słowa, muzyki, wspomnień i miłości, bo cały wieczór został dedykowany Mamie Irka Ślusarczyka – Pani Zofii, w dniu jej imienin.
Już od pierwszych minut było jasne, że Irek zabierze publiczność w podróż nie tylko po swoich wierszach, ale i po własnym życiu artystycznym. Wspominał początki kabaretu Kosa Ostra, pierwsze sceniczne przygody, ludzi, którzy go ukształtowali, i miejsca, które do dziś nosi w sercu.
Szczególnie poruszające były momenty, gdy mówił o tych, których już nie ma — o nieżyjącej już Mamie Zofii, której dedykowany był cały wieczór, podobnie jak tomik „Niezgrabne wierszyki – pół żarciem, pół serio”, o przyjaciołach, takich jak artysta estrady Kazimierz Grześkowiak. Wspomnienia były szczere, ciepłe, czasem zabawne, czasem wzruszające — takie, które potrafią zatrzymać czas.
A potem stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Irek… zaczął grać na gitarze i śpiewać. Nie „trochę”, nie „dla żartu”, nie „na próbę”. Śpiewał pełnym głosem, z emocją, z interpretacją, z charyzmą, jakby scena była jego naturalnym środowiskiem — bo przecież jest.
Publiczność była zachwycona — bo te pieśni, choć „dziadowskie” z nazwy, miały w sobie ogromną siłę. Były melodyjne, pełne historii, czasem przewrotne, czasem nostalgiczne. Irek śpiewał tak, jakby opowiadał — a opowiadał tak, jakby śpiewał.
Jednym z najmocniejszych momentów wieczoru był powrót do roku 1992 i występu Irka na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Kiedy zapowiedział, że wykona „Remiza Song”, publiczność wstrzymała oddech — a potem wybuchła śmiechem i brawami.
Piosenka, choć ma już swoje lata, nadal brzmi świeżo, zabawnie i zaskakująco aktualnie. Irek wykonał ją z taką swobodą i sceniczną pewnością, że wiele osób komentowało później:
„On mógłby dziś wrócić na opolską scenę i porwać publiczność tak samo jak wtedy.”
W repertuarze pojawiły się też inne utwory — te, które towarzyszyły Irkowi przez lata, które śpiewał w teatrze, w kabarecie, w pracy z młodzieżą. Każda z nich była jak małe okno do przeszłości. Publiczność kiwała się w rytm, nuciła, a niektórzy nawet przyłączali się do śpiewania.
To był ten rodzaj muzyki, który nie starzeje się, bo niesie w sobie prawdę i serce. Irkowi towarzyszyli Muzycy: Marek Lato (gitara basowa) i Marek Kosowski (akordeon).
Oczywiście nie zabrakło wierszyków z tomiku. Irek czytał je — a właściwie grał — z humorem, dystansem i autoironią. Każdy tekst był małą scenką, mini skeczem, teatralnym obrazkiem. Publiczność reagowała spontanicznie: śmiechem, oklaskami, czasem westchnieniem.
Spotkanie poprowadziła Urszula Lubczyńska Gładka, która z wyczuciem i lekkością prowadziła rozmowę, pozwalając Irkowi błyszczeć, ale też nadając całości rytm i strukturę. Publiczność miała wrażenie, że ogląda nie wywiad, ale dialog dwojga ludzi, którzy naprawdę lubią ze sobą rozmawiać.
To nie było zwykłe spotkanie autorskie. To było spotkanie z człowiekiem, który żyje kulturą, oddycha nią i potrafi nią zarazić innych. Było śmiesznie, było wzruszająco, było muzycznie, było wspomnieniowo — i było prawdziwie. Wieczór, który połączył ludzi — śmiechem, wzruszeniem, muzyką i wspomnieniem o Pani Zofii, która z pewnością byłaby dumna.
Publiczność wychodziła z sali z uśmiechem, z refleksją i z poczuciem, że uczestniczyła w czymś naprawdę wyjątkowym.
Instytut Kultury Ireneusza Ślusarczyka dziękuje wszystkim, którzy byli z nami. A Irkowi — za serce, za talent i za to, że potrafi sprawić, że kultura staje się spotkaniem, a spotkanie — pięknym wspomnieniem.